Życie Maryi Matki Jezusa

Autor z wyjątkową przenikliwością i znajomością rzeczy przedstawia faktyczne warunki życia i działalności Matki Zbawiciela począwszy od Jej przyjścia na świat, aż do końca Jej ziemskiej misji. [w przygotowaniu]
Franciszek M. Willam

Opis

Realistyczne opracowanie życia Maryi – osoby ludzkiej, a jednocześnie Matki Bożej.

Autor z wyjątkową przenikliwością i znajomością rzeczy przedstawia faktyczne warunki życia i działalności Matki Zbawiciela począwszy od Jej przyjścia na świat, aż do końca Jej ziemskiej misji. Wyjaśnił w sposób szczególny udział Maryi w dziele Odkupienia.
Willam, doktor teologii, utalentowany pisarz posługujący się wieloma językami, dogłębnie przestudiował historyczny kontekst życia Maryi i Jezusa, przebywał także długo w Palestynie i Egipcie, pobyt tam niemal przypłacając życiem. Efektem jego prac była m.in. niniejsza książka, w całości poświęcona Niepokalanej.

Do jego dzieł nawiązywał m.in. kard. Ratzinger, z którym autor w latach 60tych utrzymywał korespondencję. „obaj podzielali przekonanie, że sekretem wielkiej teologii chrześcijańskiej – która potrafi przemawiać nie tylko do erudytów – jest „prostota”, „jasne spojrzenie na istotę rzeczy”.” (Sandro Magister, 2007).

Autor: ks. dr Franciszek Michał Willam

Rok wydania: 2026
Stron: 496
Format: 130 x 190
Oprawa: miękka

Imprimatur wydania oryginalnego


Ks. Emil Życzkowski T.J. – Prowincjał Wielkopolski i Mazowsza
Nihil obstat
P.E. Kosibowicz S. I. – Censor
N. 2102
Varsaviae die 13 Aprillis 1939 anni
Dr A. Fajęcki – Consillarius Curiae Canonicus Metropolitanus
Mgr Br. Pągowski – Notarius

 
Anioł nie pytał jej wcale, czy chce mieć syna, ale wskazał od razu, na doniosłe dzieło jakie przez niego zostanie spełnione: „Ten będzie wielki, a będzie zwany Synem Najwyższego; i da mu Pan Bóg stolicę Dawida ojca jego i będzie królował w domu Jakubowym na wieki, a królestwu jego nie bedzie końca”. Posłaniec niebios zwrócił całą uwagę Maryi na d z i e ł o O d k u p i e n i a, którego syn jej dopełni na ziemi. [fragment]
 
Jezus, Syn Boży wcielił się — przyjął naturę ludzką. Toteż był przez całe życie prawdziwym człowiekiem. A jako człowiek nie był „niezmiennym”. W miarę jak przybywało mu lat zmieniał się, przechodził stopniowo różne przemiany, rozwijał się i dojrzewał. Jezus był rzeczywistym dzieckiem, wzrastającym u boku matki, a równocześnie nie przestał być Synem Bożym. Bóstwo Jego było jedynie osłonięte powłoką cielesną, podobnie jak szczyty gór otoczone bywają obłokiem chmur. Tajemnica Bóstwa Jezusowego znana była jedynie Matce Najświętszej.
Jakże wzruszający musiał być dla Maryi widok, gdy mały Jezus — Syn Jej a zarazem Syn Boży — począł odkrywać świat w domu nazaretańskim. Patrzył w zamyśleniu w sufit — spoglądał na drzwi, przez które światło dostawało się do wnętrza. Gdy drzwi zamykano, robiło się w jednej chwili tak ciemno przed oczami, że nie można było rozróżnić sprzętów. A w izbie były tak ciekawe rzeczy: w kątach stały skrzynie, stągwie, i różne naczynia o bardzo tajemniczym wyglądzie. Co też w nich być mogło? Stały tam kufy gliniane, pełne suszonych fig, winogron, grochu i fasoli. Ale największy podziw dziecka budził sąsiek, wmurowany w ścianę. Na zewnątrz widoczny był jedynie otwór, zatkany czopem. Każdego ranka podstawiała Maryja pod ten otwór naczynie i wyciągała czop, a wówczas z otworu sypał się złocisty jęczmień w ilości potrzebnej na każdy dzień. Dziecko zastanawiało się, patrzyło na czynności matki ze skupioną powagą, właściwą zdolnym z natury dzieciom w najmłodszych latach życia. A za każdym razem i Matka z równym skupieniem spogląda na Dziecię — była to jakby modlitwa. [fragment]

 
Następnie Maryja szła do piekarni. Piecyk stał zapewne na dziedzińcu. Bardzo możliwe, że był to piec wspólny dla kilku rodzin, a w takim razie każda gospodyni musiała się trzymać ustalonej we wzajemnym porozumieniu się pory. Teraz Maryja przynosiła paliwo: cierniste gałęzie, zeschłą tra-wę lub nawóz a zapewne i odpadki drzewa z warsztatu. Piecyk był gliniany, dno wyłożone gruzem lub skorupami. Wypukła pokrywa gliniana lub metalowa chroniła polepę od zanieczy-szczenia. Maryja wkładała do środka tyle materiału palnego ile się tylko mieściło i rozpalała ogień. O ile Maryja piekła większą ilość chleba od razu, tak że zużywała na rozczyn więcej, niż dwa litry mąki, to wedle przepisów Zakonu powinna była posłać część kapłanowi. [fragment]
 
Każda sobota była dla Maryi dniem wypoczynku. Już w czwartek rozpoczynały się przygotowania do sabatu: Maryja prała bieliznę i przygotowywała ubiór świąteczny. Znane były już wówczas różne przetwory sody i potażu, ułatwiające pranie, Jest jednak rzeczą wątpliwą, czy Maryja mogła sobie pozwolić na taki wydatek. Wolała dołożyć więcej pracy i ograniczała się zapewne do bardzo starannego wyprania i wypłukania bielizny. Następnie rozwieszała ją na tyczkach i drągach, wystawiając ją na działanie prażącego słońca palestyńskiego. Płótno ślicznie bieliło się na słońcu. Jeżeli się zaś chciało nadać bieliźnie jeszcze ładniejszy połysk, maglowało się ją za pomocą kamiennych wałków. Jezus niezawodnie towarzyszył matce przy tych pracach i przypatrywał się wszystkiemu z ciekawością właściwą jego wiekowi. [fragment]

 
Oprócz Jezusa jedyna tylko Maryja umocniona i oświecona wiarą, zdawała sobie sprawę z tego, co przyniosą ze sobą najbliższe dni. Ona tylko jedna przyjmowała przepowiednie Jezusa w dosłownym ich brzmieniu: wiedziała, że Syn Jej, Jezus po raz ostatni odbywa podróż do Jerozolimy. Po drodze spojrzała na południe: tam za pasmem wzgórz, leżało miasteczko Betlejem, widniała droga, wiodąca z Betlejem do Jerozolimy. Żadna matka nie potrafi zapomnieć miejsca urodzenia jedynego jej dziecka. Niezawodnie wspominała i Maryja tę chwilę, gdy po raz pierwszy owinęła Dzieciątko w pieluszki. W oddali rysowały się szczyty świątyni, a więc znów uprzytomniła się jej chwila, gdy starzec Symeon wziął chłopca na ręce i wyrzekł pamiętne słowa: „Oto ten położony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu” — A duszę twą własną przeniknie miecz! — aby były objawione myśli z wielu serc!”

A teraz godzina ta była już bliska!
Rozważając te ostatnie chwile przed pojmaniem Pana Jezusa, lubują się niektórzy w wyobrażaniu sobie najczulszych scen pożegnania Matki z Synem. Sprawozdania ewangeliczne dają nam pełną rekojmię, że o pożegnaniu w ścisłym znaczeniu tego słowa nie mogło być mowy — w każdym razie o pożegnaniu zastosowanym do ludzkich pojęć i zwyczajów. Nie było więc mowy o „uporządkowaniu” spraw rodzinnych, ani o niczym podobnym.
(…)
Kiedy indziej znów przedstawia się rzecz w tym świetle, jakoby Jezus prosił Maryję o pozwolenie rozpoczęcia swej męki. Jest to jednak wysoce nieprawdopodobne wobec zachowania się Jezusa, jako dwunastoletniego chłopca w świątyni, a później jako gościa w Kanie Galilejskiej. Raczej zgodzić by się można na takie ujęcie sprawy, że Jezus pragnął rzeczywiście uzyskać pełne przyzwolenie Matki — służebnicy Pańskiej — na swą mękę, a Maryja jakimś zewnętrznym znakiem okazała całkowitą gotowość. Ale w każdym razie to ostatnie spotkanie Matki ze Synem, ostatnie pożegnanie, odbyło się niezawodnie bez wielu słów.
Zarówno teraz jak i poprzednio wielkość Maryi polegała na tym, że jako „służebnica” nie była wtajemniczona w szczegóły męki. Okoliczności, które miały towarzyszyć męce i śmierci Syna, nie były jej bowiem znane. Ponieważ zaś wiedziała, że straszny ten cios spotka ją już w najbliższej przyszłości, nieświadomość ta potęgowała jeszcze jej cierpienia. [fragment]
 
Jak widzieliśmy, Maryja stojąc pod krzyżem rzeczywiście niosła pomoc Jezusowi. Trudno nam pojąć, do jakiego stopnia sięgała ofiarność Maryi dla Jezusa i Jego dzieła. Trudniej jeszcze wyrobić sobie należyty pogląd na doniosłe znaczenie duchowej wspólnoty Maryi ze Synem w czasie Jego męki, zrozumieć jak wielką to było dla Niego w rzeczywistości pomocą i otuchą. Przez to współcierpienie i zjednoczenie duchowe otrzymał Jezus od Matki wszystko, co tylko mógł otrzymać od człowieka, aby znaleźć ulgę w cierpieniach poniesionych dla zbawienia świata.
(…)
A gdy Jezus tak cierpiał, jeden tylko rodzaj rodzaj pomocy był możliwy dla Niego i to nie taki, który by łagodził cierpienia, odbierał je lub umniejszał. Pomoc ta i oparcie mogły wynikać jedynie z myśli: nie jestem całkowicie osamotniony w moim bólu! Oprócz mnie istnieją jeszcze inni ludzie, którzy znają i umieją ocenić wartość moich cierpień, a w śmiertelnej męce mojej dopatrują się zwycięstwa tak cennego, że żadna ofiara nie jest zbyt wielka, by je okupić — ludzie ci z wielką wdzięcznością cieszą się i radują nadzieją łask, jakie stąd spłyną na ludzkość! Fakt zatem, że Jezus w godzinach śmiertelnego bólu i męki miał przy sobie kogoś bliskiego, jednego bodaj człowieka, który tak jak On zapatrywał się na sens i wartość cierpienia, było prawdziwym dobrodziejstwem i rzeczywistą pomocą, która nie dałaby się zastąpić, ani zrównoważyć niczym innnym.
Ze sprawozdania ewangelicznego o śmiertelnej trwodze Pana Jezusa na Górze Oliwnej przekona się każdy uważny czytelnik, że Jezus był rzeczywiście wrażliwy na objawy współczucia i w czysto ludzki sposób pragnął przyjacielskiej pociechy. Przecież błagał wprost uczniów, żeby Go swoją obecnością pocieszali, czuwając wraz z Nim; przed ciemnością i grozą samotności uciekał parokrotnie do nich, przychodził, chociaż mógł słusznie przypuszczać, że zasnęli. Wtedy Anioł pocieszył Jezusa. Teraz wspierała Go Maryja całą potęgą miłującej duszy.
Pomoc Maryi miała jednak w całokształcie Jezusowego dzieła — zbawienia ludzkości — daleko większe znaczenie, niż pomoc Anioła. Otrzymywał ją bowiem od człowieka, od podobnej Mu istoty. Prócz tego tęsknota Jezusa za tą duchową pomocą, za kimś, kto by uczestniczył w Jego cierpieniu, wzrastała z godziny na godzię, wzmagała się w miarę jak wzrastało Jego wewnętrzne i zewnętrzne opuszczenie.

Informacje dodatkowe

Oprawa

twarda, miękka

Proponowane książki: